Boruszyn, Droga i my_Kajtostany

Boruszyn, Droga i my_Kajtostany

Poniższy tekst wygrał w konkursie Boruszyn, droga i ja – 2013. Wszystkim, którym się chciało coś stworzyć z tej drogi dziękujemy! Jeszcze bardziej dziękujemy tym, którym się chciało nam swoje prace przesłać – wszystkie są świetne! Niemniej, w kontekście pisania listów, drogi do oraz z Boruszyna, wysiłek jaką włożyły Kajtostany w przygotowanie pracy konkursowej, to właśnie Ich nagradzamy przewidzianymi nagrodami: prenumeratą kwartalnika Kontynenty oraz przepięknym albumem ufundowanym przez Skład Kulturalny: Peter Austin, 1000 języków. Tekst zostanie także opublikowany w portalu Peron4.pl .

Nowa Huta 9/9/2013

Droga Drogo!

Na wstępie tego listu chcieliśmy Ci ogromnie podziękować za wspólny czas. Był to bardzo dobry czas. Staraliśmy się dawać z siebie wiele, widząc ile Ty dawałaś nam od siebie.

Chcemy być w ciągłym kontakcie, by nie zapomnieć tych wspólnie spędzonych chwil, by ciągle mieć je w pamięci. Dlatego przesyłamy Ci również kilka zdjęć, byś i Ty nie zapominała jak dobrze być razem.

Drogo, chcemy również podziękować za wsparcie. Za ostrzeżenia. Za troskę. Za mało łapanych gum. Za dobre miejsca do rozbicia namiotów. Za dobrych ludzi, których spotykaliśmy krocząc Tobą.

Drogo, dzięki, że doprowadziłaś nas do Boruszyna. Jak zwykle było klawo, spontanicznie. Choć nie było łatwo akurat na tym etapie. Daj nam kolejnym razem nieco więcej czasu. Dzięki w końcu, że z Boruszyna dane nam było pojechać dalej. I tu dopiero wszystko się zaczęło.

Drogo, dzięki, że dogadałaś się z wiatrem, który nagle na przekór wszystkiemu wiał nam ze wschodu na zachód (dominujące wiatry w Polsce to wiatry z zachodu). Dzięki, że pozwoliłaś naginać regulamin strażnikom latarni morskich i Kajtek mógł wejść na trzy z nich (wg regulaminu dzieci do 4 roku życia nie mogą wchodzić na latarnie morskie). Dzięki, że dogadałaś się z chmurami i burza dała nam popalić na samym początku, a deszcz zmoczył nas jeszcze tylko raz w Ustce. Dzięki, że jesteś, że jesteś przed nami i za nami oraz tu i teraz, zawsze. Dzięki, że pozwoliłaś nam pisać. Przeczytaj tych kilka wspomnień i obejrzyj kilka zdjęć, które dedykujemy Tobie! Do zobaczenia wkrótce.

Kajtek w Drodze, fot. Zbychu Gałęza
Kajtek w Drodze, fot. Zbychu Gałęza

Literka „B” jak… – pisane w Drodze, Ogrodzieniec 11/8/2013

Wczorajszy dzień sponsorowała literka B jak …

Mieliśmy wczoraj dojechać do Żarek, z Krakowa to około 100 km. Nie udało się.

Po pierwsze wyjechaliśmy dopiero o 10, a zamierzaliśmy o 8. Dwie godziny obsuwy to jednak całkiem sporo. Jechało się świetnie, do czasu gdy nie zaczęły nadciągać chmury i coraz więcej chmur i coraz więcej. A chmury coraz czarniejsze i czarniejsze, stalowe, groźne, burzowe. Burza dopadła nas w Kolbarku. Akurat zbliżała się pora obiadowa, więc skorzystaliśmy z gościnności przystanku autobusowego. Płachta brezentowa od strony ulicy wzbudzała zainteresowanie przejezdnych. Póki nie zobaczyliśmy z zewnątrz naszego rowerowego taboru, nie mogliśmy zrozumieć czemu oni wszyscy się tak gapią.

Kus kus i pełne brzuchy. Humory od razu lepsze, choć złe wcale nie były.

Kajtek koniecznie chciał zobaczyć zamek. Ogrodzieniec wydawał się być idealnym miejscem docelowym. Ale kolejne chmury zrewidowały nasz plan. Chcieliśmy się rozbić przed deszczem. Udało się. Kolacja w namiocie, Kajtek w swoim nowym śpiworze. Jestem Mouk, a Ty Chawapa, mamo. – krzyczał uradowany Kajtostan. Zrobiło się ciemno, wiatr coraz mocniej wiał i marzyłam tylko o tym, żeby Kajtek zasnął przed burzą. Bo do niedawna Kajtek panicznie bał się burzy. Poradziliśmy sobie z tym przez jej oswojenie. Bo przecież antylopy kopytami robią grzmoty, a rogami iskry – błyski. Działa. Czytamy książeczki (dwie które udało nam się spakować), gasimy światło i Kajtek zasypia. Czego nie można powiedzieć o mnie. Mimo braku włączonych latarek jasno jest jak cholera, bo błyski przecinają niebo raz za razem. Kiedy trzeba być odważnym przy Kajtku, by dać mu poczucie bezpieczeństwa jestem twarda. Gdy zasypia, zamieniam się w kłębek nerwów, ba, w kłębek przerażenia. I znowu, Kajtek śpi całą noc, a my przez powracające wciąż burze, które trzęsły całą ziemią i niebem, przez wyjące od czasu do czasu syreny ostrzegawcze, dudniący deszcz i grad o namiot, a w końcu przez kałużę wody w naszym domku wysypiamy się tak jak się da wyspać w takich warunkach. Wstajemy, nie pada, zwijamy się.

Zaczyna padać, uff zdążyliśmy i w strugach deszczu ruszamy dalej. Do Ogrodzieńca, na zamek i do Żarek. Do Żarek już bez deszczu.

PS. Wzięliśmy Kajtkowi rowerek… ktoś powie, po co, ciężki, trudno zapakować. A jednak. Okazało się to najlepszą nowością jaką wprowadziliśmy w nasze wyjazdy. Kajtek pokonuje z nami kolejne metry – kilometry, pozbywa się energii i dzięki temu mamy spokojniejsze i krótsze wieczory.

W Drodze, fot. Zbychu Gałęza
W Drodze, fot. Zbychu Gałęza

Literka „O” jak obce – pisane w Drodze, Rozdrażew, 14/8/2013

Nad jeziorem Porajskim spotkaliśmy się z resztą ekipy (Miłoszem, Maćkiem, Arkiem i Piotrem). Po nocy i dniu jazdy mamy takie spostrzeżenia.

Obce nam są:
– nie mycie zębów na wyjeździe;
– szukanie toalety na stacji benzynowej;
– zatrzymywanie się co godzinę na jedzenie, picie, siusianie i tysiąc innych powodów;
– codzienne szukanie pizzerii;
– szukanie idealnie prostego pola na rozbicie namiotów.

Oczywiście to raczej my opóźniamy wyjazdy i całą jazdę. Musimy nakarmić albo przynajmniej pomóc zjeść śniadanie Kajtkowi, spakować wszystko przy jednoczesnym poświęcaniu chociaż minimum uwagi Kajtkowi. Ale od początku było wiadomo, że jedziemy z dzieckiem i jazdę dostosowujemy do jego potrzeb. Ale oczywiście jest pięknie! Choć wczoraj Kajtkowi zrobiliśmy okrutnie ciężki dzień, bo 117 km w przyczepie to chyba jednak nie jest najlepszy sposób spędzania całego dnia.

Literka „O” jest również jak oszołomienie, czyli najczęstsza reakcja na to, że jedziemy z dzieckiem na rowerze, a tym bardziej na to, że na tych rowerach jedziemy nad morze.

W Drodze, fot. Zbychu Gałęza
W Drodze, fot. Zbychu Gałęza

Literka „R” jak rodzina + rower – pisane w Drodze, LuksusDom k. Śremia, 14/8/2013

Literka „R” jak Rozdrażew, do którego jednak dojechaliśmy. Jednak, bo jeszcze rano wydawało mi się to kompletnie nierealne. Do pokonania ok. 120 km, start o 10:00, wiatr w twarz taki, że zatrzymuje momentami w miejscu. A tu jednak. Udało się. Pokonaliśmy 117 km, dojechaliśmy na miejsce około 21. Nie porwalibyśmy się na to, gdybyśmy nie mieli zapewnionego noclegu. Przyjął nas ośrodek sportowy w Rozdrażewie. Dzięki serdeczne dla Magdy i jej mamy Alicji.

Literka „R” to także rodzina i rower rzecz jasna. Mimo, że wczorajszy dzień był mało rodzinny… a może tylko z pozoru? Bo walczyliśmy z wiatrem wspólnie, zmieniając się co jakiś czas kto komu siedzi na kole. Myślę, że dzięki tej współpracy daliśmy radę. Więcej uwagi poświęcaliśmy Kajtkowi, śpiewaliśmy z nim, opowiadaliśmy, mówiliśmy wierszyki zdając sobie sprawę z tego, że dla niego te 117 km to nie jest łatwa sprawa. Rodzina spisała się na medal, rowery także. Tylko Miłosz musiał wymienić jedną dętkę. Ale dzięki temu spotkaliśmy przemiłego Pana Andrzeja, działacza PTTK, od którego dostaliśmy mapy i informacje turystyczne.

Ale… rodzina na rowerze to też wyzwanie dla współtowarzyszy. Rodzinne podróżowanie to swego rodzaju samotne podróżowanie. Jest po prostu łatwiej, przyjemniej być z samym sobą, tu być z rodziną. Wspólnie, a jednak osobno. Oddzielnie w stosunku do reszty, ale razem w stosunku do siebie nawzajem.

„R” to również radość. Radość z bycia razem, radość z drogi, radość z roweru.

PS. Nie lubię jeździć na czas. Nie lubię mieć planów, celów, terminów. Jadę, żeby być w drodze. Nie po to wybieram rower, najdoskonalszy środek transportu, który daje wolność, by tę wolność ograniczać przez nakładanie na siebie limitów, terminów. Jedziesz – stop, jedziesz – stop. Jak Ci się chce, a nie jak chce się innym albo jak chce założony z góry plan. Zrozumiałam samotne podróżowanie! W sam raz na Boruszyn.

Rodzina+rower=radość, fot. samowyzwalacz
Rodzina+rower=radość, fot. samowyzwalacz

U” jak uśmiech Kajtka – pisane w Drodze, Boruszyn, 18/8/2013

 Literka „U” jak urzekająca Polska. Jedziemy wśród pól, przygotowania do dożynek w pełni. Pola raz żółte, raz złote, a to nagle czerwone i w końcu zielone łąki, mokradła, lasy. Polska jest niesamowita. W swej różnorodności, w swym bogactwie. Najpiękniejsza jest o zachodzie słońca. Robi się pięknie ciepła, słoneczna. Taka barwa nakręca i od razu jeszcze lepiej się pedałuje. A Polska z perspektywy rowerowego siodełka jest jeszcze bardziej urzekająca. Widzisz każdy szczegół, krajobrazy zmieniają się w idealnym tempie. Po prostu jedziesz i patrzysz, jesteś i obserwujesz. Cieszysz się Polską.

„U” jak uśmiech Kajtka, który jest rozbrajający i daje niesamowitą dawkę energii. Tej pozytywnej, rzecz jasna. Napędza do dalszej drogi i potwierdza słuszność rodzinnego wyjazdu. Wspólnego spędzania czasu w Drodze. Uśmiech Kajtka powoduje też nasze uśmiechy. Jest radość.

„U” jak uff… tak blisko do Boruszyna, ale… chcemy być w Drodze jeszcze przez chwilę.

Uśmiech w Drodze, fot. Ola 'Fasola' Pająk-Gałęza
Uśmiech w Drodze, fot. Ola ‚Fasola’ Pająk-Gałęza

SZYN brak – pisane w Drodze, Ustka, 19/8/2013

Myślałam, żeby opisać każdą literkę ze słowa BORUSZYN. Ale… w Boruszynie tyle się działo, tyle spotkań, tyle rozmów, tyle ludzi, że jednak doszłam do wniosku, że po prostu szkoda czasu na siedzenie przed monitorem i klepanie w klawiaturę. Dlatego będzie tylko tyle – SZYN, których w czasie naszej tegorocznej drogi do Boruszyna nie było.

Była o tym nawet mowa w czasie Pleneru, czy pisząc bloga z podróży nie traci się cennego czasu bycia w Drodze, cennych spotkań, bycia tu i teraz w miejscu ważnym, z ważnymi ludźmi. No i może coś w tym jest? Choć jeżdżąc z dzieckiem pisze się wtedy kiedy dziecko śpi, siedzisz już przed lub w namiocie i masz chwilę luzu. Mało umyka, jedynie odpoczynek.

Dziś ruszyliśmy SZYNami dalej w Drogę. Do Ustki, a stamtąd ruszamy na zachód wzdłuż wybrzeża morza Bałtyckiego. Pomorze przywitało nas deszczem, oszustwem przy obiedzie i przeklętym wojskiem polskim, ale… dzień pożegnał nas nieziemskim zachodem słońca, jaki można zobaczyć chyba tylko nad morzem. I gdy tak podziwialiśmy pomarańczową kulę, która podświetlała bałwaniaste chmury, jednocześnie przebierając mokrego Kajtka zagadnął nas pan i zaprosił do swojego ogródka. Właśnie zaczęło padać, rozbiliśmy namiot i siedzimy przy ciepłej herbacie, a deszcz tylko słychać. Jest pięknie, tak pięknie tylko w drodze.

Plener Podróżniczy im. Kazimierza Nowaka w Boruszynie to już całkiem inna historia.

 

Tam, gdzie Droga prowadzi - w Boruszynie, fot. Zbychu Gałęza
Tam, gdzie Droga prowadzi – w Boruszynie, fot. Zbychu Gałęza

Alternatywy? – pisane w Drodze, dziki nocleg gdzieś przed Świnoujściem, 25/8/2013

– Jak podobał Ci się dzisiejszy dzień? Opowiesz mi co dzisiaj robiłeś? Pytam zaczepnie Kajtka. Milczenie. Wymowne. Po dłuższej chwili pytam znowu.
– Podoba Ci się morze?
– Tak. I piasek.
– Chciałbyś żeby takie morze i plaże były w Krakowie?
– Tak. W moim domku, w mojej Nowej Hucie!

Małe ojczyzny są takie ważne. I zastanawiam się nad istnieniem tego pojęcia nad Bałtykiem. Przejeżdżając przez kurorty i kurorciki nie dostrzegam ani odrobiny tożsamości, odrębnego charakteru. Oczom ukazuje się okropna, chińska stragolandia. I nawet miejsca piękne, jak Chłopy w wakacje gdzieś odrzucają swoje poczucie wartości, sprzedając się za wiatraczki, baloniki, watę cukrową, maszyny do gry, disco muzykę. I są miejsca najgorsze, których istotą jest tandetny wakacyjny kicz jak Międzyzdroje. Zastanawiam się nad rodzinami wypoczywającymi w takich miejscach. Już nie chodzi mi o kwestie upodobań – to kwestia gustu i całe szczęście, że te są różnorodne.

Ale zastanawiam się nad kwestią finansową. Oczywiste są noclegi, wyżywienie, ale do tego dochodzą jeszcze bibeloty od których oczu dziecka nie da się oderwać. Tęsknym wzrokiem obserwują jak dziewczynka robi sobie tatuaż z henny, a inna afrykański warkoczyk (sic! Skąd ta nazwa?), chłopiec naparza w sztucznego boksera, a jeszcze inny… Trzeba odmówić, wytłumaczyć, w końcu krzyknąć, że NIE!, bo już nic innego nie dociera. Wydaje mi się, że dobrze jest co jakiś czas robić takie ćwiczenia, pokazywać, że można inaczej pożytkować pieniądze, ale żeby tak skazywać się na dwa tygodnie takiej walki? W końcu przecież się ulegnie, kupi kolejną chińszczyznę, która zapewne nie dojedzie i tak do domu, wcześniej się rozpadając. Kajtek też jest całkiem normalnym dzieckiem, a my całkiem normalnymi rodzicami, więc pamiątką z Poznania jest tęczowy wiatraczek. Ale radzimy sobie z tymi atrakcjami, zapewniając mu coś w zamian. Wspólne budowanie zamków z piasku, wspólne przygotowywanie śniadania na plaży, wspólne rozbijanie namiotu w lesie, wspólne kolorowanie, czytanie, wspólnie spędzany czas.

Przecinamy te straszne monstra pędem, pedałując co sił w nogach. Szukając wytchnienia i spokoju w lesie, na plaży pomiędzy miejscowościami. I znowu ta potęga roweru! Dojedziesz wszędzie, nie uzależniasz się ani od auta i cen paliw, ani od autobusów czy pociągów. Takie wybrzeże Morza Bałtyckiego jest znośne.

Jeszcze słowo o 2. Plenerze Podróżniczym im. K. Nowaka w Boruszynie. Jeździmy obwieszeni sakwami Afryki Nowaka i wciąż zdarzają nam się spotkania z fanami. Opowieści zaczynają się od samej sztafety (jeśli są tacy którzy nie wiedzą co to za inicjatywa, albo co gorsze kim był Kazimierz Nowak). Później przechodzimy już do tego skąd i dokąd jedziemy. I tu zawsze pada Kraków – Boruszyn. Tak to nasza droga. Tak, cała na rowerach. A nad morze? Nie, nad morze z Chodzieży jechaliśmy pociągiem, ale teraz znowu na rowerach. I z tym małym, cały czas? Tak, cały czas. Czasem on nawet sam jedzie. Ciekawe ile kilometrów Kajtek zrobił samodzielnie w czasie tej podróży? Bo my jakieś 1100 km.

W Drodze, fot. Zbychu Gałęza
W Drodze, fot. Zbychu Gałęza
Czas wracać – pisane w Drodze, gdzieś między Szczecinem a Krakowem, 28/8/2013

Czas wracać. Siedzimy w pociągu, przed nami długie dziesięć godzin turkotania. Pociągi są klawe. Szczególnie jak ma się już wprawę w pakowaniu się do nich z całym rowerowym klamotem.
Czas wracać. Energia spada. Jazda na dworzec w Szczecinie była co najmniej tak męcząca jak wczorajsze 100 km.

Czas wracać. Coś się kończy? Raczej zaczyna. Bo przez ostatnich kilka dni zastanawialiśmy się gdzie teraz, co teraz, jak? Bycie w Drodze jest takie wciągające. Trudno się powstrzymać i nawet Kajtek totalnie złapał bakcyla i tym razem krzyczy „Nie chcę do domu, nie chcę do mojej Nowej Huty.”

Czas wracać. Wracać do domu. Tylko dlaczego jakoś brak radości? Właśnie, dlaczego człowiek nie cieszy się z powrotu?
a. wyjazd był za krótki
b. wyjazd był za dobry
c. w domu czeka przedwyjazdowy bałagan
d. w domu czeka codzienność
Nasze odpowiedzi to głównie a i b. Na bałagan nie narzekamy, Norbert na pewno dał radę. Na codzienność też nie mamy co narzekać, bo daleko nam nawet w domu do szarej rzeczywistości i wpadnięcia w tryby codzienności. Przy Kajtku każdy dzień jest niepowtarzalny.
Ale trzy tygodnie to za krótko na wyjazd, który był tak dobry, tak doskonały, tak ciekawy i tak wspólny.

W Drodze, fot. Zbychu Gałęza
W Drodze, fot. Zbychu Gałęza

Tęsknimy za Tobą Droga Drogo! Do zobaczenia mam nadzieję wcześniej niż za rok, ale mam również nadzieję, że w przyszłym roku też zaprowadzisz nas do Boruszyna.

Kajtostany